O nowej urbanistyce, karcie przestrzeni publicznej i kongresie urbanistyki rozmawiamy z Piotrem Sobczakiem, prezesem poznańskiego oddziału Towarzystwa Urbanistów Polskich
Niedawno obradował w Poznaniu III Kongres Urbanistyki Polskiej. Dlaczego właśnie tu? Co decydowało o wyborze miejsca obrad?
– O tym zdecydowało przede wszystkim stanowisko władz miasta, prezydenta, który poproszony przez nas o to, aby zgodził się współorganizować kongres, przyjął nasze zaproszenie do współpracy. Następnie mogliśmy z tą deklaracją i panem prezydentem na drugim kongresie we Wrocławiu zaprosić wszystkich do Poznania. Współpraca samorządu lokalnego i oddziału lokalnego TUP jest warunkiem takiej organizacji.
Dlaczego w takim razie zależało państwu, aby ten kongres odbył się w Poznaniu?
– Po pierwsze dlatego, że jest to zawsze zaszczyt dla konkretnego środowiska, zaufanie ze strony całości organizacji, że dany oddział stać, aby przeprowadzić to przedsięwzięcie. Chcieliśmy też coś od siebie powiedzieć, przedstawić, pochwalić się. I wydaje mi się, że w dużej mierze nam się to udało.
A Poznań ma się czym pochwalić w dziedzinie urbanistyki?
– Myślę, że ma. Osoby, które były na kongresie, w większości wyrażały się w superlatywach na temat Poznania, jego zagospodarowania, tego co się w Poznaniu dzieje, czy ma się dziać. Nawet komentarze osób pochodzących z takich miast jak Gdański czy Kraków – które z reguły patrzą na Poznań z góry, jako na miasto teoretycznie nie mające nic do zaoferowania turyście – były przychylne.
Kongres przebiegał pod hasłem ,,Nowa urbanistyka – nowa jakość życia”. Jaki jest plon obrad urbanistów na III kongresie?
– Plon jest dość zróżnicowany, choćby dlatego, że było pięć paneli dyskusyjnych, z których każdy dotykał konkretnego zagadnienia, aspektu w planowaniu przestrzennym. Z jednej strony była doktryna urbanistyczna – panel bardziej teoretyczny, dotyczący warsztatu urbanistycznego. Zaś ekourbanistyka była bardziej praktycznym podejściem do problemu, zwróceniem uwagi zarówno na to, co w planie miejscowym powinno być uwzględnione, jak samorząd powinien kształtować problemy rozwojowe, a także spojrzeniem na inwestora – gdzie popełnia błędy, gdzie może ich uniknąć, aby pojęcie ekourbanistyka, czy ekologia mogło mieć zastosowanie.
Na czym polega nowa jakość w urbanistyce? Jak można ją zinterpretować?
– Na złotym środku, czyli pogodzeniu interesów tych, którzy chcą inwestować z innymi, którzy chcą konsumować przestrzeń, którzy może nie są inwestorami, ale są osobami odbierającymi tę przestrzeń. Przykładowo mamy obszary, gdzie jest dużo zieleni. Teoretycznie nic by się nie stało, gdyby tam pojawiło się nieco więcej zabudowy. I to byłby ten złoty środek. Ale wiadomo też, że jeśli komuś da się palec, to może rękę oderwać. Zadaniem urbanistyki jest godzenie takich interesów. To pogodzenie nigdy nie spotka się z pełną akceptacją, ale generalnie uzyskuje się przestrzeń, która z perspektywy czasu jest do zaakceptowania i jest taką, w której się wszyscy dobrze czują.
Urbanistom przychodzi godzić wodę z ogniem. Z jednej strony mamy przestrzeń publiczną, która jest dobrem wspólnym i powinna być powszechnie dostępna, z drugiej – święte prawo własności i gospodarką wolnorynkową. Jak szukać tego złotego środka?
– Teoretycznie nie ma tu sprzeczności, gdyż święte prawo własności zapisane w konstytucji dotyczy tego, że ktoś ma grunt i tego gruntu nie można mu zabrać. A jeśli chce się go odebrać, to trzeba spełnić konkretne warunki, wykupić, zapłacić odszkodowanie. Natomiast to, co wolno na tym gruncie wybudować, w całym cywilizowanym świecie jest określone poprzez plany miejscowe lub dokumenty będące prawem miejscowym. Od Niemiec, po Australię.
Będąc w Australii analizowałem tamtejsze uwarunkowania i są one dość brutalne dla inwestora. Musi on wszystko urządzić na posiadanym terenie – drogi, place zabaw, przedszkola, szkoły, zasadzić drzewa o określonym gatunku wynikające z dokumentacji, a dopiero potem może sprzedawać nieruchomości. I ten, kto kupi taką działkę pod swój dom również musi pilnować, aby było czysto, na jezdni nie może być nawiezione błoto. Okazuje się, że my daleko jesteśmy od tych poziomów cywilizacyjnych, do których chcielibyśmy nawiązywać.
Mówienie o nowej urbanistyce jest też mówieniem o pewnej wartości, która powinna mieć miejsce. O próbie znalezienia porozumienia, albo o procesie dochodzenia do porozumienia. Nie zawsze można to porozumienie osiągnąć, ale ważne, aby te procesy miały miejsce, ażeby była informacja. Bo jeśli jest informacja, to w konsekwencji świadomość społeczeństwa jest dużo większa i tym samym zwiększa się jego rola w tworzeniu przestrzeni miast i odpowiedzialność za miasto.
Porozumienie następować ma pomiędzy tymi, którzy użytkują przestrzeń. Użytkowanie przestrzeni jest zarówno poprzez inwestowanie jak i poprzez przechodzenie przez nią. Paradoksalnie – inwestor gdzieś jest inwestorem, a gdzieś konsumentem. Nigdy nie jest tak, że jest się tylko i wyłącznie inwestującym.
Uczestnicy kongresu przyjęli Kartę Przestrzeni Publicznej. Czym jest karta?
– Przyjęliśmy dokument, który stara się nazwać przestrzeń publiczną – tę, o którą przede wszystkim chodzi. Bo do niedawna o przestrzeni publicznej mówiło się zarówno jako o tej, która dotyczy widoku z Giewontu, jak i widoku z okna czy jezdni. Karta sprowadza pojęcie do przestrzeni, która ma miejsce w mieście i która jest przestrzenią służącą zaspokojeniu potrzeb wielu, jest ogólnodostępna i nie wymaga konkretnych odpłatności.
Następnie karta zawiera osiem zasad, które powinny mieć zastosowanie zarówno podczas tworzenia nowych przestrzeni jak i przy starych. To są doktrynalne zagadnienia tworzące pewien poziom dyskusji. Jak ta przestrzeń funkcjonuje w oparciu o tę zasadę, czy tamtą. Na przykład – czy jest ona ogólnodostępna, czy nie jest. Czy jest ona wyposażona w urządzenia służące osobom niepełnosprawnym, czy ich nie ma. Czy ma zieleń lub małą architekturę, czy nie. Innymi słowy jest to określenie pewnego standardu rozmowy, rozstrzygnięcia której są później realizowane na etapie procesu inwestycyjnego. I nie ważne czy mamy tam do czynienia z planem, czy z decyzją o warunkach zabudowy terenu…
Ta przestrzeń publiczna jest także formułowana w ramach planu miejscowego, którego procedura sporządzania przewiduje udział społeczeństwa, poprzez wnioski, konsultacje, dyskusje publiczne. I w ramach tych dyskusji i konsultacji na tę kartę można się powoływać – zarówno ze strony tego, kto plan sporządza jak i tego, który go krytykuje. Plan spotyka się z różnym odbiorem. Czasami plany są bardzo proinwestycyjne i wolą mieszkańców jest, aby tę cechę planu trochę osłabić. Wtedy taki dokument jak karta może być pomocą w rozmowie.
Czy Karta Przestrzeni Publicznej ma moc sprawczą, czy ona kogoś do czegoś zobowiązuje, czy jest raczej zbiorem ,,pobożnych życzeń”?
– Myślę, że to drugie. A jak pobożnych, to się okaże na ile osoby, które przy tej karcie pracowały i które na nią się zgadzały będą chciały się do niej dostosowywać. Karta Przestrzeni Publicznej to jest dokument, który był opracowywany około dwa lata, pod nim się podpisały samorządy urbanistów, architektów i Związek Miast Polskich. Są to strony, które jeśli będą tę kartę – którą same powołały – przestrzegały, to nie trzeba niczego więcej. Architekt przecież projektuje zabudowę przestrzeni, urbanista projektuje ją w szerszym zakresie, a miasta są w dużej mierze inwestorami w tej przestrzeni, a także wydają decyzje. Tym samym mamy tu spełnienie wszystkich etapów procesu inwestycyjnego: jest prawo, projekt i realizacja. Jeżeli na tych trzech etapach o karcie się pamięta i do niej dostosowuje, to ona – pomimo, że nie jest prawem – ma zastosowanie. Natomiast my wiemy, że prawo w Polsce jest, a mimo tego można je omijać. Stąd jeżeli nie byłoby woli do przestrzegania karty, to nawet, gdyby była ustawą, byłaby martwą.
Kongres urbanistyki przyjął także deklarację programową. Co się w niej znalazło?
– Deklaracja programowa w dużej mierz podkreśla, że urbanistyka wrócić musi do swych korzeni – urbanistyki, która z jednej strony szanuje prawo własności, ale z drugiej realizuje też wszystkie zagadnienia wynikające z uwarunkowań humanistycznych, społecznych, przyrodniczych et cetera. W drugim aspekcie deklaracja mówi, że Karta Przestrzeni Publicznej jest tym dokumentem, co do którego wdrożenia uczestnicy kongresu się zgadzają.
Nierzadko słychać głosy o upadku jakości przestrzeni w miastach. Z twierdzeniem tym nie zgodził się w swym wystąpieniu na kongresie Ryszard Grobelny, prezydent Poznania i zarazem prezes Związku Miast Polskich. Jego zdaniem wiele miast w ostatnich latach wypiękniało. A co o tym sądzą urbaniści?
– Moja odpowiedź będzie w tym miejscu subiektywna. Przestrzeń publiczna, o której się mówi, to bardzo często przestrzeń istniejąca na papierze, czyli pomysły niezrealizowane. Po drugie przez przestrzeń publiczną nie zawsze rozumie się to, co nią faktycznie jest, czyli np. przestrzenie nieurządzone z przyczyny pewnych zaszłości. I trzecia rzecz – rzeczywiście są pewne procesy dające się zauważyć, które nieco pogorszyły percepcję przestrzeni.
Mając te trzy uwarunkowania na względzie jestem zdania, że totalna krytyka, która nieraz ma miejsce, nie jest uzasadniona. Krytykować można za to, co się złego dzieje rzeczywiście. Na przykład niekontrolowany rozwój reklamy, na którą powinno być miejsce, bo jest to uwarunkowanie rynkowe, natomiast powinna istnieć w sposób określony, uporządkowany. Jeśli na skrzyżowaniu jest dużo reklam, to niech one będą, ale według jakiegoś rozwiązania systemowego: gmina tworzy określone konstrukcje, w które reklamy się montuje. Wtedy wygląda to zupełnie inaczej niż na przykład skrzyżowanie ulicy Gdyńskiej z Poznańską w Karolinie-Koziegłowach, gdzie las reklam ani nie służy im samym, bo są nieczytelne, ani jakości przestrzeni, bo jest jeden wielki bałagan. Tym samym jest to złe zagospodarowanie.
Natomiast odnosząc się do słów prezydenta Grobelnego to z w uwagi na swój zawód i to, że z tego względu często przemieszczam się po kraju powiem, że oczywiście mogłoby być lepiej, ale nie mogę też powiedzieć, że jest źle. Są miejsca, które niemal programowo są skażone, jak na przykład w Warszawie w okolicach Dworca Centralnego. Ze względu na to, co tam wydarzyło się po wojnie musi jeszcze wiele się zdarzyć, aby przestrzeń ta zaczęła być określona, zhumanizowana i lepsza. Życzyłbym sobie, aby Polacy tak budowali Warszawę, jak Niemcy Berlin po 1989 roku. My nie jesteśmy Niemcami, robimy to na swój sposób, ale daj Boże efekt końcowy będzie udany.
A co do Poznania, to porównując jego obraz z czasów, kiedy przyjechałem tu na studia, z tym, który widzę teraz stwierdzam, że miejsca, które wówczas uderzyły mnie jako negatywne zjawisko, w tej chwili wyglądają dużo lepiej. Tylko pytanie – czy aż tak dobrze. Na przykład plac Wiosny Ludów, który był kiedyś placem targowym z ślepymi ścianami pozostałymi po wyburzeniach. To była bardzo zła przestrzeń, szpecąca, a w tej chwili wygląda dużo lepiej. Czy Kupiec Poznański jest wydarzeniem architektonicznym – można dyskutować. Ale stworzył ramy dla przestrzeni, która obecnie zaczyna funkcjonować jako plac. Inwestycja w tramwaj dodatkowo ją polepszyła.
A to co działo się w miejscu Starego Browaru, który jeszcze był obiektem poprzemysłowym? Tam Poznań dla turystów kończył się. W tej chwili inwestycje spowodowały, że Wilda uzyskała połączenie funkcjonalne z centrum, a dzielnica ta też jest warta pokazywania.
Pozytywnych zjawisk jest więcej. Oczywiście można dostrzegać tylko złe: że dworzec w Poznaniu jest fatalny, że Kupiec Poznański ma nienajlepszą architekturę, że inne elementy powstały, które niekoniecznie nam się podobają, ale to jest kwestia oceny jak dobrze mogłoby być, a jak dobrze jest. Mimo wszystko moim zdanie są to procesy polepszające przestrzeń.
Poznańskie Nieruchomości portal informacyjny oferta deweloperska Poznań i inwestycje w mieście, mieszkania, działki, lokale
2007 - 2026